Siemanko! W niedzielę wieczorem, po ostatnim dniu na Costa Blanca, napisałem naprawdę fajny post. Pisałem go z 30 minut i… wykasowałem go niechcący bez kopii roboczej
Myślałem, że się załamię, ale widocznie tak miało być.
Ten wyszedł lepszy 
Poleciałem do Alicante i na Costa Blanca tylko na 5 nocy.
Zrealizowałem 100% swoich celów:
– odwiedziłem 8 hoteli i wybrałem ten na luty / marzec,
– odwiedziłem 2 wypożyczalnie,
– i 4 dni jeździłem w opór 
Co do tego czwartego dnia…
Zastanawiałem się, czy w ogóle wstanę, bo w sobotę skończyłem jeździć przed 17:00 i zrobiłem 136 km oraz 3100 m w pionie 
Ale w niedzielę wstałem rześki!
Pojechałem do Calpe na miejscową ustawkę. Finalnie tylko 63 km z nimi, bo raz, że chcieli jechać po płaskim, a dwa – chcieli wracać szybko do domu 
A ja?
A ja czułem, że płynę po tych górach… Nie wiem, jak to się wydarzyło, bo po trzech dniach powinienem nie mieć siły. Ale ja miałem dokładnie tyle, ile trzeba, żeby jechać, i jechać, i jechać…
Odwiedziłem sporo podjazdów, które znam bardzo dobrze, ale zapuściłem się trochę w głąb i na zachód. Poznałem nowe, przepiękne przełęcze, gdzie czułem, że jestem jedynym żywym człowiekiem w promieniu wielu kilometrów.
Chłonąłem ten klimat całym sobą.
Cieszyłem się z każdego kilometra.
Było 18/19 stopni, prawie cały dzień jechałem na krótko – i spodenki i koszulka. I nagle patrzę – na liczniku 150 km, a do domu… daleko!
Nie planowałem takiego dystansu ani powrotu po ciemku. A tam o 17:30 robi się szarówka, przed 18:00 jest totalna ciemność. Lampek nie wziąłem, bo NIE PLANOWAŁEM wracać po zmroku! Ostatnia godzina to zjazdy i zakręty w totalnych ciemnościach… No ale jakimś cudem wróciłem do hotelu.
200 km. 3200 m w pionie. 8h w siodle, 10h w trasie.
Gdzie byłem…? Oj w wielu miejsach:
– ruszyłem z Albir
– potem Calpe
– Denia
– Col de Rates…
– przełęcz Castell de Castelles
– urokliwe wioski Famorca, Fageca
– Puerto de Tolles ( 830 m.n.p.m. )
– Val d’Ebo
– Pego
– … i powrót na kwadrat przez Orba, Alcalali i nieśmiertelne Calpe
Wiecie co?
Czułem się spełniony. Bo te cztery dni wyciskałem jak cytrynę – i chyba wycisnąłem z tej cytryny (czytaj: z siebie
) wszystko, co tylko było.
W 4 dni zrobiłem 500 km i prawie 10 000 m przewyższeń.
Z Warszawy wylatywałem lekko podziębiony i zastanawiałem się, jak ja tam będę jeździł, skoro nie mam formy?
Jeżeli boicie się, że nie dacie rady na campach — patrzcie na mnie.
Klocek 84 kg z płaskiej Warszawy pojechał, pojeździł i wrócił. Ty też dasz radę 
Oczywiście na campach robimy mniejsze dystanse – no chyba, że trafią się tacy szaleńcy jak ja i będą chcieli iść po wszystko i po honor 
Plan zasadnoczo jest taki:
Spełnienie opisałem…
A powrót do domu?
Ciężki.
Pomijam brak słońca, zimno, obowiązki domowe, rodzinne i zawodowe…
Wiecie, ścigałem się 5 lat na motocyklach. I każdy powrót z zawodów czy weekendu na torze był dołem. Nagle wracasz do domu, jesteś zwykłym człowiekiem, jedziesz „normalną” prędkością…
Tu jest podobnie.
Nagle nie ma serpentyn, widoków, klimatu Kolarskiego Raju…
Ale to nic.
Na wszystko jest w życiu miejsce i czas.
Wracam do Hiszpanii już za 5.5 tygodnia!
Na Andaluzję zgłasza się Was coraz więcej – i ogromnie się z tego cieszę 


Czeka nas piękny czas i wspaniałe turnusy…
Nie mogę się doczekać, aż zobaczę banany na Waszych twarzach 
Tęsknota?
Jest.
Tęsknię.
Ale wiem, że tam wracam.
Bo to moja pasja.
Bo to moje marzenia.
No dobra… i po prawdzie – to moja robota 


W komentarzach wrzucę linki do czterech filmów z każdego dnia. ENJOY!
Dajcie znać w komentarzach o swoich epickich tripach, które dały Wam spełnienie – takich, po których powrót do codzienności był trudny, i po których tęskniliście za więcej 
Elo!
Paweł
Wpadnij, zostaw komentarz!